Wspomnienie o Edwardzie Baranie

Krótka historia jaworznickiej przyjaźni

20 stycznia zadzwonił do mnie, Pan Edward Baran. Zwykle dzwonił w istotnych sprawach. Ta była wyjątkowo ważna i konkretna. Poprosił o modlitwę, jako że następnego dnia miał udać się do szpitala. W planie była operacja serca, bajpasy. Sprawa poważna, ale przy dzisiejszym stanie medycyny, do przeżycia. Mimo to ten telefon był dla mnie wyjątkowy. W tonie głosu wyczułem, że było to pożegnanie, pożegnanie nie tyle dobrego znajomego, ile przyjaciela. Moja odpowiedź mogła być tylko jedna - odprawię w Pana intencji Mszę św.

W czwartek 28 lutego Pan Edward wpatrzony w zegar i krzyż odszedł do Domu Ojca Niebieskiego, do mieszkania przygotowanego dla niego przez Zmartwychwstałego, gdzie nie ma czasu i cierpienia, a jest to, czego każdy człowiek najbardziej pragnie i to w nieskończonym wymiarze - Miłość.

Piszę - Pan Edward - ponieważ należy on do grupy moich przyjaciół, z którymi relacja jest, przez wydawać by się mogło, oficjalną formę: pan, pani, ksiądz. W tym gronie właśnie ta forma zwracania się do siebie nie jest wyrazem dystansu i obawy, lecz szacunku, na którym budujemy nasze wzajemne relacje.

Czas między śmiercią człowieka a pogrzebem jest szczególnie ważny dla najbliższych. To nie tylko kwestie organizacyjne, ale przede wszystkim modlitwa, która jest niezmiernie ważna w ożywianiu wiary, tak bardzo potrzebnej wtedy, gdy miłość płacze. Jest to też czas intensywnych wspomnień stawiania wielu pytań i tworzenia nowego obrazu człowieka i budowania nowej z nim relacji. To wszystko kręci się bowiem wokół pytania: kim był? Odpowiadając na nie, jednocześnie odpowiadamy na pytanie: kim jest dla nas teraz? Przecież życie nasze zmienia się, ale się nie kończy, a miłość nie umiera.

Kiedy myślę dziś, w tym tak ważnym czasie, o Panu Edwardzie, to staje przede mną człowiek odważny, odpowiedzialny i pokorny.

Odważny, bo trzeba mieć odwagę, by pracować w ratownictwie górniczym, trzeba być odważnym w straży pożarnej, trzeba było mieć odwagę, by podejmować trudne wyzwania w życiu społecznym i samorządowym miasta w czasach trudnych przemian. Trzeba było mieć odwagę, by z całym przekonaniem, bronić krzyża Chrystusowego w naszej przestrzeni publicznej, nie traktując go jako oręża w walce politycznej. Miał odwagę i wyjątkową umiejętność mówienia bliźnim prawdy, darząc wszystkich szacunkiem i korzystając ze specyficznego, jaworznickiego poczucia humoru.

Był odpowiedzialny, przede wszystkim za swoją ukochaną żonę Krystynę, za swoje dzieci dając im miłość, wierność i poczucie bezpieczeństwa. Płynęło ono przede wszystkim z jego szczerej relacji z Panem Bogiem. Od dziecka związany z Kościołem - ministrant, lektor, kantor, chórzysta, pielgrzym, a wreszcie przez ostatnie lata kościelny w swojej parafii Miłosierdzia Bożego na Borach. Potrafił znakomicie łączyć przestrzeń kościelną, domową i życia publicznego. Było to możliwe, bo Boga miał w sercu na pierwszym miejscu, a wtedy wszystko pozostałe było na właściwym.

Pokorny, bo był sobą i nie grał urojonego bohatera, nie akcentował swoich zasług, nie tworzył wokół siebie mitologii. Nie poniżał innych. A przede wszystkim przebaczał urazy, choć nieraz go to wiele kosztowało. W tym byciu sobą przechował jaworznicki styl myślenia, mówienia i jak już zaznaczyłem - humoru.

Uwielbiałem rozmowy z Panem Edkiem, wspomnienia i wymianę myśli. Byliśmy w końcu z tej samej jaworznickiej gliny, formowani przez tych samych garncarzy szczególnie w przestrzeni Kościoła. Okazji do rozmów mieliśmy sporo. Przez ostatnie 11 lat Pan Edward woził mnie samochodem do Bielska, gdzie w Katedrze św. Mikołaja prowadzę katechezy dla dorosłych. Był niezmiernie pilnym słuchaczem. W drodze powrotnej często słyszałem stwierdzenie, że znów czegoś nowego się dowiedział. Często dawał znakomity komentarz wypływający z bogatego życiowego doświadczenia.

Dziś w tej czasowej przestrzeni między śmiercią a pogrzebem to ja dowiaduję się, kim tak naprawdę był mój przyjaciel, Pan Edward Baran.

Czy nasza relacja jest skończona? Czy sprowadzi się jedynie do pamięci i lekcji życia?

Kiedy ostatni raz Pan Edward odwoził mnie do domu na Działkową, jak zwykle przy pożegnaniu powiedział: "jakby coś ksiądz potrzebował, to proszę dać znać". Chrystus zmartwychwstał i wiem, że dalej mogę na niego liczyć.

Ks. Lucjan Bielas